Żywienie dzieci w sieci a żywienie analogowe

Jak pisałam w poprzednim poście mój marcowy chłopiec dorasta. Wielkimi krokami zbliża się do skończenia szóstego miesiąca życia, a z takim poważnym wiekiem już nie ma żartów. W związku z tym, że syn nam rośnie jak drożdżówka w piekarniku przyszedł czas na rozszerzanie jego diety i tutaj zaczęły się schody.

Jestem typem kujona, totalnego kujona. Więc zamiast zajmować się Maluchem „na czuja” w myśl zasady, że „matka zawsze wie, co jest najlepsze dla jej dziecka” postanowiłam się dokształcić. O żywieniu niemowląt wiedziałam tyle, że zaczęłam poważnie myśleć o zrobieniu na ten temat przynajmniej doktoratu o ile nie profesury. Wiedziałam co to BLW i czym się różni od papek i grudek. Czym jest maltodekstryna albo jaka jest różnica miedzy olejem palmowym a olejem kokosowym. Miałam jasny plan na rozszerzanie diety Jeremiego. Mniej więcej wizualizowałam sobie to tak: moje dziecko piszcząc z radości będzie jadło produkty ekologiczne niczym górski poranek. Będzie uwielbiało warzywa i gardziło cukrem a kaszę będzie wcinać z posobną pasją, z jaką amerykańskie przedszkolaki pochłaniają hamburgery. Czy naprawdę muszę mówić jak bardzo się myliłam? Z wiedzą i entuzjazmem zaczęłam zakupy i od tej pory cały plan zaczął się sypać.

Picie. Dziecko powinno pić wodę… mhm… konia z rzędem temu, który wytłumaczy to niemowlakowi. Kubki z dzióbkami są niezdrowe bo psują dzieciom zgryz. Po przekopaniu internetu da się znaleźć kilka egzemplarzy jedynych słusznych kubków dla 6-miesiecznego dziecka. Nie wiem czy doszukiwać się tutaj zmowy producentów kubków z ortodontami i faktu, że dzieci zwyczajnie potrafią akurat z tych złych pić? Tak czy inaczej, już odkładamy na aparat ortodontyczny, nasza Młodzież nie idzie z postępem.

 

Jedzenie. Co z tym BLW? Modne, postępowe, rozwojowe… Radykalizmu nie lubię, bez względu na to, czy dotyczy on poglądów żywieniowych, politycznych, światopoglądowych czy jakichkolwiek innych. Pod tym względem dogadaliśmy się z Jeremim (w końcu moja krew, no nie?). W związku z tym wybieramy to, co smaczne w takiej formie, jaka akurat wydaje się najbardziej przystępna i to działa. Co ciekawe zmiksowana marchewka jest smaczniejsza z łapką w talerzyku. W zasadzie wszystko jest smaczniejsze z łapką w talerzyku.

Co z tym cukrem? Ano… jest. Co z tym fantem począć? Chyba nauczyć się z tym żyć… i nie przeginać, w żadną stronę.

Kto to wszystko posprząta? Jedzenie, wszędzie jedzenie. Na firankach, w psim legowisku, na podłodze, na mnie, na dziecku, na psie nawet. W sumie najmniej jest tego jedzenia w dziecku. Ratuje nas śliniak z rękawami. Jak ktoś ma namiary na śliniako-pajac, to niech da znać, jestem gotowa płacić złotem. Od kiedy próbuję sprać marchewkę ze skarpetek zastanawiam się, całkiem poważnie, po co w ogóle produkuje się takie proste śliniaczki osłaniające kawałek dziecka pod szyją. Obawiam się, że ta małe śliniaczki, radzą sobie z wszechobecnym jedzeniem podobnie jak kasztany w kieszeni mojej babci z reumatyzmem. To będzie piękny dzień, jak Jeremi w trakcie obiadu co najwyżej obrus poplami, oj piękny!

Bardzo daleko naszemu chłopcu do eko-fana kaszy, radującego się na widok miseczki, żywienie analogowe jest zdecydowanie trudniejsze od żywienia dzieci w sieci, ale wierzcie mi, jest też sto razy ciekawsze. A jak jest u Was?

One Reply to “Żywienie dzieci w sieci a żywienie analogowe”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *