Bunt dwulatka

Za oknem hula burza, pada grad wielkości niewielkich arbuzów, a przechodząca nawałnica powyrywała połowę drzew w lokalnym skwerku. Ty siedzisz sobie z dzieckiem w domu, a o wspomnianej klęsce żywiołowej dowiadujesz się około godziny 22, z powtórki wiadomości. Kiedy dziecko już spokojnie śpi. Jak można było tego wszystkiego nie zauważyć zapytasz. Nic prostszego, kiedy masz na stanie dwuletniego buntownika.

Z czego wynika owiany legendą bunt, jaki jest jego cel i najważniejsze, jak przetrwać ten trudny czas? O tym postaram się opowiedzieć poniżej.

Czytaj dalej…

O ważnej i potrzebnej pracy, która nie została dokończona

Przyznam Wam, że od dłuższego czasu nosiłam się z tym tekstem. Jeszcze zanim powstał blog, zanim poznaliśmy się z Jeremim a nawet przed tym, jak w ogóle pomyślałam o moim macierzyństwie jak o planie, a nie dalekiej pieśni przyszłości, miałam w głowie refleksję, o której chciałabym Wam dziś opowiedzieć. Zacznijmy w takim razi od początku. Czytaj dalej…

Jak być fajnym rodzicem na placu zabaw

Kilka dni temu na placu zabaw byłam świadkiem mniej więcej takiej sytuacji. Siedzimy sobie z Jeremkiem w piaskownicy, coś tam sobie kopiemy, budujemy babki. Obok bawi się dwóch chłopców, na oko przedszkolaków. Jeden z nich, nazwijmy go Fryderyk, na tyle zamaszyście wojował swoją łopatką, że posypywał piaskiem kolegę obok (kto nie wie, temu śpieszę z informacją, posypywanie piaskiem, to najcięższa zbrodnia w piaskownicy, zaraz po deptaniu babek innych dzieci). Drugi chłopiec coś tam marudził, ale obaj bawili się w miarę zgodnie. Nagle sielankę popołudnia przerwał krzyk dobiegający z ławki, jakieś 20 metrów od rzeczonej piaskownicy. „Fryyyydeeeeeryk, nie syp piaskiem!”. Kolejny krzyk, tym razem matki drugiego chłopca (powiedzmy że ma na imię Zbysio), dobiegający z podobnej odległości „Zbysiu, on cię sypie piaskiem!” Obie panie pokrzykiwały co chwilę na dzieci, a one z bądź co bądź dobrej zabawy weszły w tryb wrogów numer jeden i do czasu wyjścia z placu już tak zostało. Czytaj dalej…

Kiedy dziecko nie lubi innych ludzi

„Ala, wnuczka Bożenki, to taka fajna jest. Do każdego podejdzie, z każdym się przywita, wszyscy mogą ją na rękach nosić. Za to ta nasza Zosia to taka dzika, tylko płacze i do mamy ucieka jak kogoś zobaczy”. Nawet, jeśli Wasz maluch to taka Ala, z całą pewnością, spotykacie ludzi, na których reaguje rzewnym płaczem i lękiem, który trudno jest czymkolwiek uzasadnić. Na wstępie zaznaczę, że powodów, dla których dziecko może reagować płaczem na inne osoby niż rodzice jest cała gama, dzisiaj jednak skoncentruję się na najczęstszym z nich. Dziecko pod tym względem niewiele różni się od dorosłych. Najzwyczajniej w świecie może ono kogoś nie lubić. Z biegiem czasu ta tendencja zostaje w nas, a jedyne co się zmienia, to umiejętność maskowania negatywnych emocji w stosunku do osób, z którymi spędzanie czasu nie należy do przyjemności. Czytaj dalej…

Alfabet rad

Myślałaś, że macierzyństwo nie jest szczególnie straszne, a nawet przyjemne? Chciałaś mieć dziecko, przygotowałaś wyprawkę, przeczytałaś jakąś książkę o wychowaniu. Mama Ci powtarzała „kochana, miliony kobiet dały radę zająć się niemowlakiem, Ty też podołasz, matka wie jak zająć się dzieckiem”. A potem ono się pojawia i w pakiecie z nim pojawiają się madki. Madki wiedzą wszystko najlepiej i na każdy temat, bo przeczytały w internecie, bo piątkę dzieci odchowały i żyją, bo jeszcze dzieci nie mają, ale już wiedzą. Poniżej przygotowałam listę złotych rad wprost od oświeconych madek, w kolejności alfabetycznej. Niech nie zwiedzie Cię żartobliwy ton, one naprawdę w ciągu dwóch ostatnich lat do mnie (choć nie zawsze bezpośrednio) trafiły. Czytaj dalej…

Oczami dziecka

Jeśli właśnie w pobliżu Was plącze się jakiś mały człowiek z całą pewnością znacie ten moment. Wpadacie na pomysł, żeby wybrać się do jakiegoś niesamowicie atrakcyjnego miejsca. Pakujecie latorośl do auta, jedziecie dość daleko, pełni entuzjazmu, że oto zapewnicie swojemu dziedzicowi takie wrażenia o jakich Wy w dzieciństwie najwyżej mogliście sobie poczytać. Na miejscu ciągniecie nieświadome czekających za rogiem atrakcji dziecko, a ono, omiata je swoim bacznym wzrokiem, ignoruje, kuca i bawi się pierwszym lepszym kamieniem z taką uwagą, jakby właśnie odkrył nowy atom. W końcu uświadamiacie sobie, że w sumie pod blokiem macie z 10 000 podobnych kamieni i w zasadzie cała eskapada nie miała sensu. A miała uczynić z Waz chociaż na to jedno popołudnie idealnych rodziców, takich którzy pokazują dziecku świat, uczą, rozpalają ciekawość… i wiecie co, tak też się stało. Czytaj dalej…

Ciocie Jeremiego

Uwielbiam ten fragment „Potopu”, w którym Zagłoba chcąc ugrać swoje, tłumaczy pewnemu, wątpliwej inteligencji chłopakowi, że z piątej wody po kisielu jest jego wujem a wuj, to jest nawet ważniejszy niż ojciec 🙂 . Z przyczyn naturalnych nie zostanę nigdy ani wujem, ani tym bardziej ojcem i może dobrze, bo mowa będzie nie o wujach, a o ciotkach a ciotka kochani, to jest prawie tak ważna jak matka (bo bez niej matka niewątpliwie by oszalała z tego całego szczęścia). Czytaj dalej…

Zabawy kreatywne

Czasami nasze wyobrażenia o tym, jak wygląda rodzicielstwo nieco mijają się z tym, co przynosi życie. Dzisiaj mam dla Was jeden z takich przykładów, z mojego doświadczenia.
Jak wyobrażałam sobie scenę, w której moje dziecko rysuje kredkami? On, siedzący grzecznie przy stoliczku, zachwycony różnorodnością kolorów i możliwości jakie daje mu rysowanie kresek. Skoncentrowany, zafascynowany, śmiejący się swoim piskliwym, wdzięcznym głosikiem. Ja, cała na biało, popijająca ciepłą kapuczinę. Z uśmiechem rusałki igrającej na leśnym runie, pełna dumny obserwuję, jakie to kreatywne jest moje dziecko. W tle miał plumkać sobie po cichu Sting a wszystko to, otulone miało być promieniami nieśpiesznie budzącej się wiosny. Czytaj dalej…

Mam dość! Czyli o chorobie Bobona

Chore dziecko, apteka dosłownie wylewa się Niagarą z każdej szafki (kto poskromił leki i zamknął je w niewielkim pudełku, temu chwała i moja dozgonna zazdrość). Do tego śledzenie wszystkich niepokojących objawów, żeby móc zanudzić lekarkę elaboratem na temat wahań temperatury w ciągu dnia z dokładnością co do minuty (jak zaczyna przewracać oczami można zmienić temat na paletę barw kataru). Ale wisienką na torcie choroby dziecka są rodzice, którzy walczą o przetrwanie w tym trudnym czasie i omijają skrzętnie lustra żeby nie konfrontować się z myślą, że oto nastała w domu apokalipsa zombie. Czytaj dalej…

Ja sam! Czyli o rozwijającej się samodzielności u dziecka

Pewnego dnia, na jednym z ciekawszych wykładów na psychosomatyce dowiedziałam się, że jednym z najtrudniejszych wyzwań młodej matki jest „zauważyć, że dziecko już się urodziło”. Niby banał prawda? Raczej trudno przegapić fakt porodu, a dla tych mniej spostrzegawczych, powoli wracający do normalnych rozmiarów brzuch powinien dość jasno zasugerować, że dziecko znajduje się w nieco innym miejscu, niż w jego środku. Obcowanie w świecie matek Polek i bycie, bądź co bądź, jego częścią pokazało, że w faktycznie nie jest to do końca takie proste. Czytaj dalej…