Święta, których się uczę

Pamiętam doskonale, jak będąc dzieckiem czekałam na święta. Co wieczór dopytywałam ile jeszcze zostało i budziłam się z satysfakcją, że od teraz jest o jeden dzień mniej. Pamiętam, że uwielbiałam ten czas, kiedy pod choinką leżały prezenty, więc rodzice kładli je tam nawet tydzień przed świętami. Przekonywałam wtedy siebie i innych, że mam misję pilnowania tych wszystkich paczek, aby nikt ich nie otworzył przed Wigilią i szczerze w to wierzyłam. Wiele rzeczy jestem w stanie przypomnieć sobie z czasu, gdy będąc dzieckiem czułam w grudniu świąteczną magię a „Kevin sam w domu” bawił do łez. Nie pamiętam jednak kiedy te uczucia zaczęły znikać.

W ten sposób choinka, dwadzieścia lat temu kolejny z cudów świata (choć była klasycznym PRL-owym „drapakiem”) stała się ozdobą, którą trzeba mieć a wcześniej jakoś trzeba dociągnąć ją do domu. Teraz to już mniejszy problem, gdy do dyspozycji ma się mężczyznę i samochód, ale dla dwóch współlokatorek, które zdecydowanie nie doceniły wagi ogromnej donicy to był wyczyn. Część piosenek świątecznych stała się nudnawym, odgrzewanym rok w rok kotletem, a część pobudzała do refleksji nad tym, jak daleko kobieta przeciętnej budowy i równie przeciętnej kondycji jest w stanie rzucić radiem. Podobnie wystrojone w światełka galerie zaczęły przypominać o tym, że nie tylko budżet zaczyna topnieć szybciej niż resztka zalegającego śniegu, ale dodatkowo znalezienie miejsca parkingowego zasługuje na miano świątecznego cudu.

Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest tak, że przestałam lubić święta. Był to przyjemny czas, z dobrym jedzeniem, ładnymi dekoracjami i bliskimi ludźmi. W sumie spełniał wszystkie cechy udanego wypoczynku jedyne, co się w praktyce zmieniło, to fakt, że tę dziecięcą magię zastąpił dorosły pragmatyzm. A ja, choć mi się zdarza, nie przepadam za byciem zbyt pragmatyczną.

I w tym miejscu skończę chwalenie się sercem Grincha bo tak, jak moje dziecięce radości, tak i to, co po nich nastąpiło też się skończyło. Z tą jedną różnicą, że teraz jestem w stanie dokładnie powiedzieć kiedy.

Dziś uczę się  czuć na nowo ten sam zachwyt, widzieć piękno, cieszyć się z włóczących się wszędzie Mikołajów. Ponownie też widzę, że ten mały blond łepek, który jeszcze buta nie umie zawiązać, potrafi więcej niż ja. Jeremi do początku grudnia jest chodzącym zlepkiem świątecznego zachwytu. W domu regularnie raczy nas piosenkami o Mikołaju i przy okazji jest przekonany, że dostrzega go w każdej gwiazdkowej dekoracji. Cieszy się z choinki do tego stopnia, że ponownie zaczynam nabierać przekonania, że może rzeczywiście jest silnym kandydatem do miana kolejnego cudu świata. Radują go światełka, ozdoby, motywy reniferów a ja przypominam sobie, co budziło we mnie świąteczną radość i chcę mu to wszystko pokazać lub dać.

Uczę się też, że czasem chcę za dużo. Prowadzam go na świąteczne jarmarki, lepię, piekę, dekoruję… a okazuje się, że czasem po prostu najfajniej jest zjeść „gołego” piernika i razem zaśpiewać piosenkę, zobaczymy co będzie z prezentami, może i tym razem chłopak mnie czymś zaskoczy?

 

Wspaniałe zdjęcia są autorstwa Szustak Fotografia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *