Oczami dziecka

Jeśli właśnie w pobliżu Was plącze się jakiś mały człowiek z całą pewnością znacie ten moment. Wpadacie na pomysł, żeby wybrać się do jakiegoś niesamowicie atrakcyjnego miejsca. Pakujecie latorośl do auta, jedziecie dość daleko, pełni entuzjazmu, że oto zapewnicie swojemu dziedzicowi takie wrażenia o jakich Wy w dzieciństwie najwyżej mogliście sobie poczytać. Na miejscu ciągniecie nieświadome czekających za rogiem atrakcji dziecko, a ono, omiata je swoim bacznym wzrokiem, ignoruje, kuca i bawi się pierwszym lepszym kamieniem z taką uwagą, jakby właśnie odkrył nowy atom. W końcu uświadamiacie sobie, że w sumie pod blokiem macie z 10 000 podobnych kamieni i w zasadzie cała eskapada nie miała sensu. A miała uczynić z Waz chociaż na to jedno popołudnie idealnych rodziców, takich którzy pokazują dziecku świat, uczą, rozpalają ciekawość… i wiecie co, tak też się stało.

Często na spacerach z Jeremim (dobra, na tych spacerach, podczas których współpracuje) nie mogę się nadziwić temu, ile niesamowitości jest w stanie zauważyć, w tym, co znajduje się wokół niego. Jestem w stanie sama przed sobą przyznać się do tego, że nawet będąc na Malediwach, nie czułabym takiej fascynacji otaczającą rzeczywistością, jak dwulatek, który właśnie znalazł się na trawniku. Obserwując Jeremiego i chcąc, by w pewien sposób, na miarę swoich możliwości mnie naśladował, powoli zyskuję poczucie, że uczyć powinniśmy się od siebie wzajemnie. Ostatnio Jeremi na spacerze zobaczył kwitnące drzewa. Zupełnie w teorii widział je już trzeci raz w swoim życiu, ale umówmy się, tego, co było rok temu nie pamięta, a wydarzenia z czasów kiedy miał miesiąc nie istnieją. Tak też, reagował dokładnie w taki sposób, jakby widział je po raz pierwszy. Był nimi absolutnie oczarowany, a że nie zapowiada się chłopak na romantyka, był również bezgranicznie oczarowany śmieciarką, którą widział tego samego dnia.

 

Bywa, zbyt często niż powinno, że na spacerze z dzieckiem widzimy głównie to, czego nie powinno robić, a robi w kółko. Spacerująca matka, jest w stanie wszędzie dojrzeć potencjalne niebezpieczeństwo, nawet w Bogu ducha winny ślimak sunący sobie po ścieżce przecinającej tor biegu bąbelka może skrzywdzić. I zamiast zaryzykować i pozwolić bąbelkowi biec dalej, albo przenieść tego ślimaka na najbliższy trawnik, musi krzyczeć, żeby uważał, żeby nie dotykał, żeby pod żadnym pozorem nie patrzył w jego stronę. Najgorsze, że ja sama się często na tym łapię. Bo co mi przeszkadza, że dziecko będzie przez 20 minut gonić gołębie? No nic, jemu się nie nudzi tylko mi, a to, to już jest mój problem.  Gdyby tak, „głośno myślę” wybaczcie, pobiegać razem z nim? Pogapić się razem na ślimaka, z uwagą wziąć ten kamień, który jest tak wybitnie fascynujący? Jesteśmy gotowi grubą kasę zapłacić dorosłym ludziom, którzy będą nas uczyć doceniać małe rzeczy, tym czasem, dzień w dzień, godzina po godzinie, dziecko, z uporem godnym dwulatka właśnie je celebruje. Może wystarczy spróbować tak, jak ono? Nawet jak nie wyjdzie to co? Zabawa kamieniem nic nie kosztuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *