O ważnej i potrzebnej pracy, która nie została dokończona

Przyznam Wam, że od dłuższego czasu nosiłam się z tym tekstem. Jeszcze zanim powstał blog, zanim poznaliśmy się z Jeremim a nawet przed tym, jak w ogóle pomyślałam o moim macierzyństwie jak o planie, a nie dalekiej pieśni przyszłości, miałam w głowie refleksję, o której chciałabym Wam dziś opowiedzieć. Zacznijmy w takim razi od początku.

Nasi rodzice, w niechlubnej większości, wychowywani byli pasem  ojca i belferską linijką. W imię posłuszeństwa, tradycji,  albo z prostego przekonania, że rózgą tłumaczy się dziecku jak postępować. Wielu, z tych ludzi, z których część już jest dziadkami, wprost mówi, że doznali krzywdy. Zdarzają się oczywiście trudne do skomentowania przypadki, kiedy to na przykład pewien człowiek, na dość nieadekwatnym stanowisku z „estymą wspomina” lanie otrzymane od ojca, po którym kilka dni nie mógł usiąść. Zdaję sobie sprawę z tego, że bywają (dorośli) ludzie, którzy lubią dostawać solidne lanie, choć traktowanie własnych preferencji jako argumentu w dyskusji jest wyjątkowo słabe.  Ale wróćmy do głównego tematu. Nasi rodzice, po części czerpiąc z własnych doświadczeń, po części dzięki ogromnej edukacji o tym, że bicie jest złe, niszczące i karygodne już zdecydowanie rzadziej korzystali z argumentu „ja mam rację, bo jestem duży i silny, a Ty jesteś mały więc masz się słuchać. Jak nie pasuje, to Ci taką estymę sprawię, że za 50 lat o tym w wywiadzie opowiesz”. Rodzice z jednej strony zrezygnowali lub chociaż ograniczyli kary cielesne, z drugiej zamiast tego, otrzymali inne narzędzie wychowawcze… No właśnie nie, tak się nie stało. Tutaj trafiamy to sedna tego, o czym chciałam powiedzieć. Psycholodzy, pedagodzy i wszyscy ludzie zaangażowani w szeroko zakrojoną psychoedukacjię na tamten czas, wykonali kawał dobrej, jednak niedokończonej roboty. Wytłumaczyli, że bicie jest złe, jednak nie powiedzieli co w takim razie robić, jak wychowywać. I tutaj weszła ona, cała w różach i fioletach. Dość powiedzieć, że karny jeżyk był w co drugim domu. I gdyby to było takie proste, gdyby działał na każde dziecko i każdy rodzic umiał z niego korzystać, pewnie nasza ambasadorka jeży w Polsce dostałaby co najmniej nominację do Nobla. Nie dostała i jeżyk też częściej nie działał niż wspierał w działaniach wychowawczych. Był to też czas, kiedy na rynek weszły przeróżne poradnik:i „mądrego rodzica”, „pomocnego rodzica”, „nowoczesnego rodzica” i tak dalej. Z roku na rok liczba poradników rośnie, a wraz z rozwojem social mediów rośnie też liczba osób, które proponują kolejne wychowawcze triki, mające nie tylko finalnie wyprowadzić dziecko „na ludzi”, ale też uczynić z niego mistrza zen, rekina biznesu i lidera już na etapie grupy żłobkowej. Problem pojawia się w pierwszej kolejności na etapie wyboru metody, jak i na jakiej podstawie, zadecydować, co będzie dobre, skuteczne i rozwojowe? Dalej jest tym ciężej, bo wiele z nowoczesnych, rozbudowanych i czerpiących z wielu dziedzin metod, jest trudna o ile w ogóle wykonalna dla młodych rodziców. Jak ma uczyć uważności, ba opierać na  niej wychowanie potomków osoba, która z terminem uważność spotkała się pierwszy raz w czytanym właśnie poradniku? Takich przykładów można znaleźć setki a każdy z nich zakłada, że rodzic wspiął się na wyżyny samorozwoju, spędził rok na medytacji w Tybecie, a o emocjach potrafi dać dwurodzinny wykład o każdej porze dnia i nocy. To tak nie działa i w sumie już karny jeżyk był lepszy bo był zwyczajnie łatwiejszy do zrozumienia i wcielenia w życie. Obecnie w całym tym natłoku informacji człowiek staje się bezradny, miota się, często zmieniając rodzicielstwo w groteskę pełną sztucznych rozmów w stylu „nie chcesz jeść zupy pomidorowej, chcesz opowiedzieć jak się z tym czujesz?” Lub załamania bo ideał rodzicielstwa jest zbyt nieosiągalny. W tym wszystkim są dzieci i media, nagłaśniające każde przewinienie na skalę kraju. W odpowiedzi na to, absurdalnych rozmiarów fala głosów, że ten wspomniany na początku pas i linijka to dobra metoda i szczerze, boję się, że jeśli nie uda nam się uporządkować obecnego chaosu to w końcu te głosy cofną nas do czasu budowania posłuszeństwa kosztem łamania ducha.

Na koniec pragnę podkreślić, że nie neguję różnorodnych metod wychowawczych o ile nie szkodzą, a ich stosowanie jest intuicyjne. Chciałabym jednak zachęcić do refleksji, a w tym miejscu zaproponować podzielenie się przystępnymi metodami, które mogłyby wypełnić tę pustkę, o której pisałam wyżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *