O poczuciu własnej wartości

Bycie matką to najważniejsza rola, jaką jest w stanie pełnić kobieta, która chce i może mieć dziecko. Powołanie na świat małego człowieka i dbanie o to, był szczęśliwy i zdrowo się rozwijał, to coś na prawdę wielkiego, znajdującego się w zupełnie innej lidze niż sukces finansowy, kariera czy egzotyczne podróże. Patrząc na to logicznie trudno się takim stwierdzeniem nie zgodzić jednak, umówmy się, logiczne myślenie czasem zawodzi. Dookoła mnie jest mnóstwo ludzi, których życie toczy się z dala od spacerków, pieluszek i radosnego gaworzenia. Ludzi rozwijających własne firmy i spełniających zawodowe marzenia. Którzy na pytanie „co u ciebie?”, są w stanie przez godzinę opowiadać jednym tchem, o podbijaniu wschodniego rynku czy szkoleniu w Amsterdamie, wplatając w międzyczasie ozdobniki w postaci wakacji pod palmą lub 5-dniowej imprezy. W czasie, kiedy oni toczą swoje wywody, ja staram się strategicznie wycofać, chowając za wózkiem, żeby bezpiecznie przeczekać do momentu, aż rozmowa zejdzie na bezpieczny grunt, czyli szczegółowe omawianie dzisiejszej pogody, no bo w sumie co u mnie poza Maluszkiem wypełniającym sobą całą moją codzienność? Zawsze po takim spotkaniu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że moje poczucie własnej wartości, leci na łeb na szyję,niczym pasek rtęci w okiennym tremometrze, nad ranem. Pojawia się też wtedy milion myśli,  gdzie bym była, gdybym właśnie nie wygłupiała się ze swoim małym Grubaskiem.

w labiryncie z żywopłotu

Po wstępnej fali pytań, co by było, gdyby… zaczynam na nie odpowiadać, wyobrażając sobie co bym teraz robiła. Budziłabym się codziennie o godzinie 6:00. Nieprzytomna próbowałabym jedną ręką malować rzęsy, trzymając kubek z kawą w drugiej. W pracy biegałabym jak szalona próbując zrobić wszystko, co powinnam i jednocześnie nie połamać sobie szpilek ani paznokci. W międzyczasie zauważałabym, że czas faktycznie jest względny i  jakoś zaskakująco przyspiesza akurat w chwili, gdy uświadamiam sobie ile jeszcze mam do zrobienia. W drodze powrotnej, zestresowana i wściekła, utykałabym  w korku ciągnącym się prawie do samego domu. Co jakiś czas mogłabym sobie obserwować  kierowców w autach obok, znudzonych, złych, lub świadomych, własnego spóźnienia. W domu, po szybkim, odgrzewanym obiedzie i przejrzeniu góry notatek z ostatniego zjazdu studiów podyplomowych, lub kursu językowego (w końcu trzeba się rozwijać) mogłabym uznać, że już czas na zasłużone kilka minut przerwy. Wieczorem dla relaksu wyszłabym z mężem do pubu, bo młodzi jesteśmy, a po ciężkim dniu dobrze jest się zrelaksować. Spotkałabym się tam z ludźmi, z których za częścią serdecznie nie przepadam, pijąc przeciętne w smaku piwo słuchałabym, jak jeden przez drugiego puszy się opowiadając o tym co się ostatnio wydarzyło, o ścieżkach awansu, kołczingach i urojonych perspektywach milionów sączących się z nieba, czy przypadkach tak trudnych w diagnozie, że bez profesury na karku czy chociaż 30-tu lat doświadczenia zawodowego ani rusz, i tylko skrzyżowanie dr Housa z Freudem byłoby w stanie sobie z tym poradzić. W drodze powrotnej, o godzinie, która nie pozostawia mi żadnych szans, na chociażby pozory odpoczynku, planowałabym jak będzie wyglądało jutro i marzyła, żeby mieć dziecko…

czas razem

Po tym wszystkim wracam myślami na ziemię, znowu bawię się z człowiekiem, dla którego jestem całym światem, którego jestem w stanie rozśmieszyć głupią miną  i myślę, że jestem we właściwym miejscu, cała reszta poczeka.

 

w parku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *