O miłości życia, której trzeba się nauczyć

Miłości w moim życiu zawsze pojawiały się z hukiem. Wiązały się z uczuciem beztroski, nieustającą radością i szaleństwem. Patrząc na nie wstecz widzę głównie konsternację ludzi i nagłą refleksję, że idę po ulicy z nieuzasadnionym sytuacją, szczerym uśmiechem na twarzy. Widzę też te przysłowiowe „motyle”, fruwające w moim brzuchu, oraz chęć przenoszenia gór, a nawet przekonanie, że jestem w stanie to zrobić.

Z podobnym rozmachem miłości się zaczynały i kończyły, przy czym sobie i mojej rodzinie życzę by to ostatnie „zakochanie” trwało jeszcze, co najmniej 70 lat. Przyzwyczajona do pewnego schematu liczyłam, że z miłością do dziecka będzie podobnie. Że zakocham się nagle i całym sercem z chwilą, gdy położą mi na piersi małego człowieczka, który dotychczas radośnie się okopywał w moim brzuchu. Liczyłam na to, że zaleje mnie tsunami hormonów, że będę miała ochotę pogryźć pielęgniarkę, która choćby na sekundę spróbuje wyrwać Młodego z moich matczynych ramion… Było inaczej.

Wyspa Młyńska z Młynem Rothera w tle
Piknik z Maluchem

Tak na prawdę pierwszym, co poczułam, gdy przyniesiono mi dziecko było ogromne zmęczenie
i radość, że już po wszystkim. Kolejne dni mijały pomiędzy próbami normalnego funkcjonowania
z bolącym po cesarskim cięciu brzuchem a nauką pielęgnacji i opieki nad ufną „amebką”, jaką wówczas był Jeremi. W sumie na wybuchy przeróżnych uczuć nie mogłam narzekać, bo pojawiał się lęk (tak, właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że już do końca życia gdzieś z tyłu głowy zawsze będę się o niego martwić), smutek (baby blues), niepewność (czy wszystko robię dobrze)
i przebłyski dumy, (bo jednak dziecko było całe, czyste i niezbyt rozpłakane). Cały czas, jednak nie uderzyło mnie to uczycie bezgranicznej miłości, o którym czytałam i na które poniekąd, faktycznie czekałam. Obecność Jeremiego z każdym dniem stawała się po prostu coraz bardziej naturalna
a to życie, wypełnione po brzegi dzieckiem coraz bardziej moje, choć zupełnie inne od tego, które dokładnie ułożyłam sobie w wyobraźni. W pewnym momencie też zaczęły pojawiać się maleńkie ukłucia czegoś, co porównać można do mieszanki szczęścia, poczucia przywiązania i spełnienia. Pojawiały się one, co jakiś czas, kiedy Maleńki się uśmiechnął, kiedy zasnął wtulony albo, kiedy podjął (nieudaną) próbę wpakowania sobie obu piąstek do buzi. Z dnia na dzień te „ukłucia” pojawiały się coraz częściej, trwały coraz dłużej aż w końcu dotarło do mnie, że to właśnie jest ta miłość do dziecka, na którą czekałam. Nie wykluczam, że są kobiety, które z chwilą pierwszego krzyku maleństwa trafia grom bezgranicznej miłości. Ja jednak powoli uczę się jej, tak samo, jak uczę się Jeremiego. Jednego jednak jestem absolutnie pewna, bez względu na to, w jaki sposób się pojawia, nigdy nie minie i to, w tym wszystkim jest jedynym, co tak na prawdę się liczy.

My!
Jeremi ma ciekawsze zajęcia niż pozowanie do zdjęcia

One Reply to “O miłości życia, której trzeba się nauczyć”

  1. Też nie dopadło mnie to od razu po porodzie a dopiero w ciąży następnych dni. Na początku czułam ulgę. Że już mam to za sobą, że poród się skończył. Czułam się zmęczona i obolala, ale do dziecka nie wiedziałam czy coś czuje. Nie wzruszyłam się, nie płakałam. Potem byłam przerażona i zagubiona. Nie miałam pojęcia co mam robić z mała. Ale z dnia na dzień zaczelam ja kocham coraz mocniej. Patrzyłam na nią ż podziwem a budujące we mnie uczucia sprawiały że ciągle płakałam choć sama nie wiedziałam czemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *