Mam dość! Czyli o chorobie Bobona

Chore dziecko, apteka dosłownie wylewa się Niagarą z każdej szafki (kto poskromił leki i zamknął je w niewielkim pudełku, temu chwała i moja dozgonna zazdrość). Do tego śledzenie wszystkich niepokojących objawów, żeby móc zanudzić lekarkę elaboratem na temat wahań temperatury w ciągu dnia z dokładnością co do minuty (jak zaczyna przewracać oczami można zmienić temat na paletę barw kataru). Ale wisienką na torcie choroby dziecka są rodzice, którzy walczą o przetrwanie w tym trudnym czasie i omijają skrzętnie lustra żeby nie konfrontować się z myślą, że oto nastała w domu apokalipsa zombie.
Zdradzę Wam zakończenie, gdyby komuś nie chciało się czytać, albo po prostu miał lepsze zajęcia (jak na przykład robienie w tej chwili czegoś produktywnego), to nie będzie post o tym jak radzić sobie z chorobą dziecka. Kto wie może za jakiś czas, kiedy nabiorę dystansu a do przedzierania się przez hordy bakterii w domu i nie będę potrzebowała porządnego kija, napisze mini poradnik w stylu „wiem jak”, ale ten post będzie o tym, że czasem człowiek sobie najzwyczajniej w świecie nie radzi i to też jest ok, bo kiedy jest tak po ludzku ciężko, nie warto angażować ostatnich sił na ukrywanie słabości.
Młody po 4 dniach w żłobku przyniósł świeżutki zapas bakterii, taki wiecie nówka, nieśmigany, jak mówiło się jeszcze za czasów, kiedy ludzkość rzucała kamieniami w dinozaury. Zaraz po wstępnej fali współczucia przyszło tsunami, prawdziwe tsunami cisnących się wulgaryzmów, nieludzką siłą woli utrzymanych pod nosem i szeptanych po kątach. Wstępne obrażenie się na cały świat, które choć całkiem wygodne jakoś oddało miejsce potrzebie działania. Bo w sumie co lepszego można w takiej sytuacji? No działać, foch na podłość życia jeszcze nikomu nie pomógł a już na pewno zapalenia oskrzeli nie wyleczył. Lekarz, apteka, pogawędka z przełożonym, to wszystko da się zrobić a potem pozostaje całą reszta. Smarki, kaszel, nieprzespane noce i ta wredna świadomość, jesteś matką do jasnej anielicy, masz kochać, tulić, głaskać i wycierać ten bezbronny, rozpłakany nosek! Ile tak można? No trzeba do skutku, ale ile można? Kurczę nie jest łatwo. Jakże cudownie by było zawinąć się w koc, wziąć książkę i dobre wino i dać się ponieść błogiemu lenistwu, ale nie! Bo przecież jesteś matką, masz wstać, wytrzeć nosek, zaśpiewać piosenkę o Dorotce, która cały dzień tylko tańczy i nie przejmuje się bożym światem. Przypadkiem w całym tym kołowrotku człowiek uświadamia sobie, że wyszedł na 5 minut po bułki a od godziny szwęda się po okolicy w poszukiwaniu spinaczy do bielizny, które nikomu nie są potrzebne bo od kilku miesięcy ma pralko-suszarkę. Po prostu robi co może żeby wyszarpać skądś kilka minut błogiego spokoju bez klocków, płaczu i mierzenia temperatury. Najlepsze, że w sumie słusznie bo to przecież dziecko jest chore i mu ciężko, nikt nie pyta się matki jak sobie radzi. Bo matki zawsze sobie radzą, mają super moc, niewyczerpywalną. A bywa, że policzki cierpną od uśmiechania się, głos wysiada od tańczącej Dorotki i po prostu ma się dość. I nie piszę tego po to, żeby się wyżalić. Po prostu wiem, że Ty też tak masz, może nie dzisiaj, może tak miałaś/ miałeś w tamtym miesiącu może będziesz mieć za 3 tygodnie. Bo to nie prawda, że rodzice zawsze mają siłę, mają prawo czasem mieć dość, nienawidzić tej ******* Dorotki i wzdychać z rezygnacją na widok smarków na koszulce. Mogą mieć dość a i tak bez względu na wszystko ciągle robią to co muszą, dają leki, wstają w nocy, tulą, całują, tańczą, tylko po prostu bywa trudno i nie trzeba tego ukrywać. Warto czasem powiedzieć to głośno, powściekać się, wyjść na krótki spacer bez udawania, że szukają spinaczy, pogadać o tym, że ma się dość, wypłakać się i pamiętać, że mimo wszystko dla tego młodego człowieka radzą sobie najlepiej na świecie. Choroba w końcu mija, choć czasem to wydaje się nie mieć końca.

 

2 Replies to “Mam dość! Czyli o chorobie Bobona”

  1. Nie radzimy sobie… Od ponad dwóch miesięcy sobie nie radzimy, smarki smarki wszędzie smarki, na koszulce, na mojej bluzce, pod nosem, w łyżce zupy, na zabawkach i tak już od grudnia… Tysiąc specyfikow, tych aptecznych jak i domowych i kiszka 😞 niby fajnie bylo by się odciąć od tego chociaz na kilka godzin, ale jeszcze fajniej bylo by móc dać temu malemu czlowiekowi troche wytchnienia… Z nadzieją czekamy na wiosnę, choć moze sie okazac ze przyczyną jest jakas podła alergia…. Ehhh

    1. Ja też czekam na tę wiosnę jak na zbawienie, ciągle mam nadzieję, że skończą się wszystkie kaszle i katary. Po cichu jednak boję się, że wiosna nic nie zmieni. Tobie i sobie, życzę bardzo dużo siły no i zdrowia dzieciakom 😉

Pozostaw odpowiedź Eryka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *