Jak być fajnym rodzicem na placu zabaw

Kilka dni temu na placu zabaw byłam świadkiem mniej więcej takiej sytuacji. Siedzimy sobie z Jeremkiem w piaskownicy, coś tam sobie kopiemy, budujemy babki. Obok bawi się dwóch chłopców, na oko przedszkolaków. Jeden z nich, nazwijmy go Fryderyk, na tyle zamaszyście wojował swoją łopatką, że posypywał piaskiem kolegę obok (kto nie wie, temu śpieszę z informacją, posypywanie piaskiem, to najcięższa zbrodnia w piaskownicy, zaraz po deptaniu babek innych dzieci). Drugi chłopiec coś tam marudził, ale obaj bawili się w miarę zgodnie. Nagle sielankę popołudnia przerwał krzyk dobiegający z ławki, jakieś 20 metrów od rzeczonej piaskownicy. „Fryyyydeeeeeryk, nie syp piaskiem!”. Kolejny krzyk, tym razem matki drugiego chłopca (powiedzmy że ma na imię Zbysio), dobiegający z podobnej odległości „Zbysiu, on cię sypie piaskiem!” Obie panie pokrzykiwały co chwilę na dzieci, a one z bądź co bądź dobrej zabawy weszły w tryb wrogów numer jeden i do czasu wyjścia z placu już tak zostało.

Ponieważ zawsze, gdy jestem razem z Jeremim na placu zabaw, chodzimy wszędzie razem, a kwestia bezpieczeństwa jest tylko jednym z powodów, o czym za chwilę, dookoła nas zbiera się zwykle niemały wianuszek dzieci. Dzieje się to zwykle zupełnie naturalnie, bez jakiegokolwiek zaangażowania z mojej strony. Część dzieci czuje naglą potrzebę zaopiekowania się młodszym kolegą i wprowadzenia go w meandry placu zabaw a część pragnie się czymś pochwalić. I tak, będąc z jednym, niezbyt rozgadanym dzieckiem, co chwilę słyszę „niech pani zobaczy jak jestem wysoko”, „ale szybko udało mi się zjechać, widziała pani?” i wiele, wiele innych. Rodzice tych dzieci siedzą gdzieś obok, pochłonięci rozmową, lub telefonem i zupełnie nie widzą problemu w tym, że ich dzieci niczym kaczątka dreptają za jakąś obcą kobietą, którą najpewniej widzą właśnie pierwszy raz w życiu.

W ten sposób przeszliśmy do sedna tego, co chciałabym Wam dziś powiedzieć, czyli jak być fajnym na placu zabaw.

Ja wiem, że dzieci w pewnym wieku są już dość samodzielne i chętnie bawią się z rówieśnikami, ale do tego czasu pragną uwagi i zachwytu rodzica. Bez tego przygody na drabinkach też są z pewnością całkiem przyjemne, jednak mogą stać się czymś więcej. Spędzając czas razem, odkrywając, podziwiając udane babki z pisaku budujemy więź z dzieckiem, co w codziennej rutynie nie jest wcale tak oczywiste. Nawet będąc z potomkiem cały dzień w domu nie jesteśmy w stanie poświęcić mu 100% uwagi. Nic samo się nie gotuje i nie sprząta. W przypadku pracujących rodziców czas ten jeszcze bardziej się kurczy i tak statystyczna Polka spędza z dzieckiem 67 minut w ciągu dnia. Mowa tu o czasie realnie spędzonym na kontakcie z dzieckiem, czyli nie doliczamy tu godzin na prace domowe, zajmowanie się swoimi zajęciami czy oglądanie telewizji. Czy w 67 minut można zbudować trwałą relację z dzieckiem, która z czasem będzie się rozwijać w coś, co ma przetrwać najbliższe 60 lat? Możliwe, że się da, ale zamiast przeistaczać życie w eksperyment mający potwierdzić lub obalić tę tezę, watro po prostu zrobić coś, co ten czas wydłuży i sprawi, ze stanie się bardzie wartościowy. Wspólne przygody, nawet te pod domem na huśtawce właśnie to mogą sprawić. Dodatkowo uczymy dziecko, że to, co robi, jak przełamuje własne bariery, poznaje nowe rzeczy, stawia sobie kolejne wyzwania jest dla nas ważne. Zwróćcie uwagę na to, że maluchy tak bardzo pragną uznania, że są w stanie domagać się go od zupełnie nieznanej im osoby. Czy taki zachwyt od najbliższej osoby byłby czymś bardziej znaczącym? Odpowiedzcie sobie sami.

To nie jest tak, że mamy chodzić za dzieckiem krok w krok, bo ono też potrzebuje przestrzeni. Naszym zadaniem jest podążać za nim i jego potrzebami, dlatego warto obserwować czego w danej chwili chce, a czasem po prostu siąść obok i zobaczyć, czy wtedy będzie szczęśliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *