Ja sam! Czyli o rozwijającej się samodzielności u dziecka

Pewnego dnia, na jednym z ciekawszych wykładów na psychosomatyce dowiedziałam się, że jednym z najtrudniejszych wyzwań młodej matki jest „zauważyć, że dziecko już się urodziło”. Niby banał prawda? Raczej trudno przegapić fakt porodu, a dla tych mniej spostrzegawczych, powoli wracający do normalnych rozmiarów brzuch powinien dość jasno zasugerować, że dziecko znajduje się w nieco innym miejscu, niż w jego środku. Obcowanie w świecie matek Polek i bycie, bądź co bądź, jego częścią pokazało, że w faktycznie nie jest to do końca takie proste.

Bobo z każdym dniem, jest coraz starsze, coraz bardziej samodzielne i niezależne, od gotowej uchylić mu nieba, i przenieść Himalaje do Krakowa matki. Podczas, gdy kobieta cała pali się, by karmić, przewijać a w ramach możliwości nawet smarkać za swoją latorośl, ono coraz bardziej, z całą swoją dziecięcą premedytacją, chce różne rzeczy robić samo i sztuką jest tę rosnącą samodzielność zauważyć i zaakceptować. Tym bardziej trudno, że pierwsze próby samodzielnych działań kończą się płaczem, brudną bluzką, zdartymi kolanami i cierpliwością rodziców wyniesioną na wyżyny możliwości.

Cała zabawa w tę rozwijającą się samodzielność jest tym trudniejsza, że matka zwyczajnie przyzwyczaja się do pewnych czynności. Dla przykładu po kilku miesiącach od rozpoczęcia rozszerzania diety udało mi się wyrobić całkiem sprawny system gotowania zupek, kisielków i kaszek a potem szybkiego, w miarę czystego karmienia. Wszystko dobrze działało do chwili, w której nagle Jeremi uznał, że bycie karmionym jest „dla małych dzieci” i od dzisiaj on sam. Od tamtej chwili wszystko zjada rączkami, (ostatnio koniecznie trzymając widelec). Jedzenie jest wszędzie, gotowanie trwa dłużej o sprzątaniu nie wspomnę. Gdybym się uparła, albo zwyczajnie nie zorientowała się, że bunt podczas karmienia wynika z potrzeby samodzielności, pewnie stawałabym na rzęsach podczas karmienia i przeczytała cały internet na temat „sposobów na niejadka”.

Ignorowanie/nie dostrzeganie potrzeby samodzielności u dziecka, nie tylko może skutecznie utrudnić życie, ale też w dużej mierze hamować ją u dziecka. Mały człowiek zwyczajnie po pewnej ilości prób rezygnuje i poddaje się, często zupełnie nieświadomej tego faktu matce. W tym momencie przed oczami staje mi  dość częsty obraz znudzonych do granic przytomności czterolatków w spacerówkach. Wiele z tych dzieci dawno temu chciało zwiedzać świat na swoich nieporadnych nóżkach, ale poprzez systematycznie zniechęcanie i ustawiczne wsadzanie ich do wózka, po prostu pogodziło się z faktem, że chodzenie nie jest dla nich, szybko się męczą, nie są w stanie na spacerze same maszerować. Podobnych sytuacji jest ogrom i z reguły swój finał znajdują u wszelkiej maści specjalistów, bo w końcu 4-latek powinien jednak chodzić a 3-latek jeść sam, 5-latek powinien być w stanie samodzielnie założyć kurtkę i, o zgrozo (!) panie w przedszkolu tego wymagają!

Co zrobić by do podobnej sytuacji nie doprowadzić? Przede wszystkim powtarzać sobie do znudzenia, że dziecko z każdym dniem jest starsze i dużo obserwować co i w jaki sposób robi. Podejmować próby wykonania przez dzieci pewnych rzeczy samodzielnie. Zamiast zaczynać od googlowania niepokojących objawów co jakiś czas sprawdzać, czy to, co robimy cały czas jest aktualne a wszelkie ułatwienia, jakie serwujemy maluchom wciąż pomagają. Mimo, że rodzić staje się dla dziecka czymś w rodzaju nauczyciela/przewodnika, czasem powinien stanąć za nim i zobaczyć do jakiego momentu jest w stanie dojść samo a to, co wówczas zobaczymy, naprawdę może nas szczerze zaskoczyć.

PS. Za piękne zdjęcia serdecznie dziękujemy pani Izabeli Wiatrowskiej

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *