Dziecko to nie dżuma

Na długo, zanim zostaliśmy rodzicami, kiedy Jeremi był jeszcze bliżej niesprecyzowanym planem na przyszłość, razem z jego tatą z pewnym zaciekawieniem obserwowaliśmy pary, które wraz z pojawieniem się pierworodnego, taktycznie wycofywały się z życia towarzyskiego. Zagadnięte na ulicy, na pytanie co u nich słychać enigmatycznie spoglądały w stronę dziecka a na propozycję spotkania (nie ważne czy z, czy bez latorośli), odpowiadały zwyczajowo, że jasne, świetny pomysł i musimy się zdzwonić za jakieś 19 lat, jak już wyślą dziecko na studia i będą mieli w związku z tym jakieś trzy godziny wolnego w sobotni wieczór. Zawsze po takim, przypadkowym spotkaniu obiecywaliśmy sobie, że jak już szeregi naszej rodziny wesprze mała, rozwrzeszczana istotka, zrobimy co się da, żeby kontynuować nasze życie towarzyskie w możliwie podobnej postaci, jak to na tamten moment miało miejsce. W końcu dziecko to nie dżuma i nie trzeba z jego powodu robić z domu izolatki. Przez kolejne lata żyliśmy w przekonaniu, że małego bąbla należy socjalizować z innymi ludźmi, bo człowiek to zwierzę stadne i potrzebuje innych ludzi do towarzystwa a i świeżo upieczeni rodzice nie pogardzą społecznym wsparciem. Przekonania tego, o dziwo, nie zmieniła ani ciąża ani wkroczenie do naszego wspólnego życia Jeremiego. Powiem więcej, pojawienie się w domu naszego małego chłopca udowodniło nam, że faktycznie nie jest w stanie nikomu krzywdy zrobić, nie zaraża i nawet pogryźć nie może, bo zębów nie ma. Dlatego też, tym chętniej podeszliśmy do kwestii gości. W ten sposób Szkrab zyskał całkiem spore grono cioć i wujków, ale też wystraszył niektórych i skutecznie zniechęcił do dalszych wizyt.

Okazało się, że traktowanie dziecka jako zakaźnej choroby działa w dwie strony, nie tylko świeżo upieczeni rodzice unikają kontaktów ze wszystkimi ludźmi, którzy nie dzielą ich wspólnych genów, ale też osoby bezdzietne na wszelki wypadek wolą się zgrabnie odsunąć i ewentualnie zaproponować spotkanie w promieniu przynajmniej dziesięciu kilometrów od miejsca przebywania szkraba, przezorny w końcu zawsze ubezpieczony i lepiej dmuchać na zimne niż potem leczyć rany kąsane zadane przez małe, bezzębne dziąsełka, ewentualnie traumę psychiczną spowodowaną nieustannym płaczem przez całą godzinę. Jeśli o mnie chodzi, do odważnych świat należy i jeśli przyjaźń jest tego warta, dobrze jest zaryzykować, zamiast stwarzać sobie tak absurdalne problemy jak to, że w czyimś życiu pojawiło się dziecko (pojawiło się i super, ktoś będzie zarabiał na moją emeryturę, gatunek ludzki ma szansę przetrwać a przyjaciele się cieszą, czego chcieć więcej?) ja tak robiłam zanim pojawił się Jeremcio, okazało się, że dzieci koleżanek z dżumą mają niewiele wspólnego i naprawdę mam się dobrze, jednocześnie naprawdę cieszę się, że całkiem sporo osób nie boi się naszego syna i realizacja planu spędzania czasu z innymi ludźmi wychodzi nam całkiem nieźle.

One Reply to “Dziecko to nie dżuma”

  1. U nas tego jakoś mocno nie widać. Znajomi dalej wpadają, my wychodzimy czasem z Julka a czasem bez. Wiadomo nie jest dokładnie tak jak dawniej ale staramy się nie wypada ż życia;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *